czy jest tu piekło?

Jako że współredaktor naczelna Kusiak reprezentuje tę mniej błyskotliwą stronę duetu pusto, bardziej od tych ważkich tematów społecznych interesuje ją szeroko pojęta rozrywka. Już w dzieciństwie wyrażała głośny sprzeciw, kiedy mama chciała włączyć „Sprawę dla reportera” i pasjami oglądała wszystkie dostępne komedie romantyczne. Chyba dlatego tak bardzo ucieszyła ją wiadomość tekstowa od najfajniejszego dziennikarza radia Roxy (Piotra Kędzierskiego) z zaproszeniem na wspaniałą imprezę urodzinową, na której jedną z atrakcji miał być koncert ulubionego zespołu metalowego redaktor Kusiak – MASTURBATOR.

Jako że był to pierwszy koncert metalowy, w jakim miała uczestniczyć współredaktor naczelna, pierwszy problem pojawił się już na etapie wyboru odpowiedniej stylizacji. Opcję z różową sukienką odrzuciła dość szybko. Po krótkiej ankiecie przeprowadzonej na swoim profilu w serwisie społecznościowym Facebook (w której najbardziej pomocny okazał się oczywiście wybitny znawca mody, jedna z najważniejszych osób w Polsce – Robert Piasecki) zdecydowała się na poniższy zestaw:

który połączyła z butami na wysokim obcasie (przecież nie wypadało pojawić się na przyjęciu tak znanej osoby w trampkach):

Tak przygotowana, redaktor Kusiak udała się w kierunku hipsterskiego lokalu przy ul. Wilczej, w której organizowane było przyjęcie. W trakcie tego podniosłego wieczoru towarzyszył jej specjalista ds. IT Mateusz Krogulec (nadal przyjmuje on zgłoszenia miłych dziewcząt, które pragną odbyć staż w dziale IT redakcji ! ). U Znajomych znajomych impreza trwała w najlepsze. Goście przybyli z całej Polski, o czym kolejnego dnia redaktor dowiedziała się z radia Roxy. Należy nadmienić, że jest to ulubiona stacja radiowa całej redakcji.

Solenizant wyglądał przepięknie. Wybrana przez niego stylizacja dodawała mu młodzieńczego uroku. Starał się zabawiać wszystkich gości, co oczywiście nie było prostym zadaniem.

Na imprezie nie zabrakło również współprowadzącego z Kędziorem program Dwa Neurony i Trzy Jądra, Michała Migały. Dzielił się on z gośćmi mrożącymi krew w żyłach historiami ze swojej wycieczki na Ukrainę. Również współredaktor naczelna Kusiak miała przyjemność wysłuchania części opowieści.

Jednak opiniotwórczy portal pusto24, jako rzetelne medium musi być szczere. Tak naprawdę wszyscy goście w napięciu oczekiwali na koncert gwiazdy wieczoru – wspomnianego już wcześniej zespołu MASTURBATOR. Okazało się, że obecny na imprezie specjalista Krogulec jest wielkim fanem ich twórczości. Współredaktor naczelna bardzo zaimponowała mu witając się z przeuroczym wokalistą Vithorem. Redakcja cały koncert obejrzała z miejsca VIP w pierwszym rzędzie. Redaktor Kusiak nie mogła ukryć ogromnego entuzjazmu i mimo wyśpiewywanych przez Vithora tekstów o czarnych mszach, klaskała z zachwytu. Z tej perspektywy nie jesteśmy przekonani, czy było to właściwe zachowanie uczestnika koncertu metalowego, ale przecież pusto24 nieustannie kreuje nowe trendy.

Na koniec specjalnie dla wszystkich czytelników portalu pusto24, fragment ulubionego utworu MASTURBATORA pod tytułem „Ofiara”:

PS. za udostępnienie wspaniałych fotografii dziękujemy przyjacielowi redakcji – Pawłowi Tkaczykowi. Już niedługo nasz opiniotwórczy portal obejmie patronat nad najnowszym wernisażem jego prac. Pozdrawiamy Pawła!

o tym jak w sobotę po śniadaniu, dołączyłam do ruchu oburzonych

No dobra, jestem oburzona. Nie swoją sytuacją na rynku pracy tylko rynkiem pracy generalnie. Od jakiegoś czasu z dużą regularnością kupuję świąteczną wyborczą, która mogłaby swobodnie zmienić tytuł na „Problemy z zatrudnieniem młodych & zagrożenie prywatności jednostki w świecie zdominowanym przez media społecznościowe i w ogóle globalną sieć”, bo właściwie głównie te 2 obszary tematyczne są eksplorowane przez redaktorów.

No i kupuję dziś tę wyborczą, otwieram, widzę to co zwykle i znowu mam wrażenie uczestnictwa w jakiejś farsie. W Wysokich Obcasach jest cały przekrojowy tekst o kobietach, które powysyłały setki, tysiące CV i mimo wysokich kwalifikacji przegrały w zabawie w kotka i myszkę  z urojonym pracodawcą. Kobiety opowiadają jakieś niedorzeczności. Że np. potencjalny pracodawca czepiał się ich wyglądu, za wysokich kwalifikacji, zachęcał do wysyłania zdjęć sylwetki, zastanawiał się, czy nadwaga nie wywoła chorób, których naturalnym przedłużeniem będzie zwolnienie lekarskie i tak dalej. No i wiadomo – bezwzględny zakaz ciąży. I Dalej. Czy pani się zgadza na wyjazdy w podróże służbowe? CZY MOŻE PANI SPAĆ W SAMOCHODZIE NA TAKICH WYJAZDACH? WYTRZYMAĆ 8 GODZIN BEZ JEDZENIA? No i w perspektywie jakieś głodowe zarobki, z których nie da się utrzymać, bo nie żyjemy na księżycu i trzeba płacić na ciepłą, zimną wodę, Internet, telewizję, ogrzewanie I do tego kupować to wszystko, co pokazują reklamy, bo inaczej cały ten kołchoz w postaci polskiej gospodarki runie. Artykuł naprawdę makabryczny i oburzający. Ukazujący jakiś przeogromny błąd systemowy, który został popełniony gdzieś pomiędzy katastrofą, a smoleńską.

Magazyn z kolei otwiera wkurwiający wywiad  z profesorem Wojciechem Cellarym, który z dużą dozą nonszalancji dywaguje, że co to jest za absurdalny pomysł, żeby w ogóle oczekiwać od pracy poczucia bezpieczeństwa? I obok propagandowa fotografia młodych zadowolonych ludzi. Gdyby nie to, że pan profesor szydzi z młodych, którzy z głupoty idą na humanistyczne studia, można by pomyśleć, że zdjęcie jest reklamą Wyższej Szkoły Reklamy. Profesor Cellary uważa, że każda osoba po studiach posiada kompetencje do prowadzenia własnej firmy i etaty w ogóle nie mają sensu. Argument, że pracodawcy mogą robić co chcą przez to, że umowy śmieciowe nie gwarantują żadnych świadczeń socjalnych odpiera twierdząc, że takie jest życie koniec kropka. Siedząc zapewne w skórzanym fotelu.

Już w czasach licealnych mówiłam, że to nie jest żaden wielki sukces Polski, że mamy taki imponujący odsetek studentów. Że naprawdę nie ma takiej konieczności, żeby prosty lud się kształcił. Efekt jest taki, że przyszło mi studiować z osobami, które powinny się np. zająć hydrauliką, a nie dziennikarstwem. Studia dziennikarskie uchodzą za głupie, pewnie słusznie, ale przez to, że istnieje ten chory pęd na kształcenie produkują półgłówków, którzy nie potrafią poprawnie wypisać liter w alfabecie, ale dążą do zatrudnienia w mediach (albo co gorsza w PR-rze, który w ogóle powinien zostać zlikwidowany), psując rynek swoimi obniżonymi oczekiwaniami i gotowością do spania w samochodzie metaforycznie rzecz ujmując. Na tej zasadzie dewaluuje się wszystko. Bo do setek szkół wyższych trafiają osoby z ograniczonym aparatem poznawczym, więc obniża się jakość kształcenia. Któremu światłemu profesorowi będzie się chciało przekazywać wszechstronną wiedzę, jeżeli zamiast studentów ma włoszczyznę? Wielbłąd przez ucho igielne nie przelezie, nie ma zmiłuj, z pietruszki nie zrobisz inteligenta. Połowa magistrów powinna się zatrzymać na technikach i zawodówkach. Czemu tak się nie stało? Bo w zeszłej dekadzie działalność propagandowa rządu i mediów takich jak Wyborcza niestety wyprała młodym ludziom mózgi, że muszą studiować. I teraz się wszyscy dziwią, że dla młodzieży nie ma pracy i że młodzież jest sfrustrowana. Za ściemę trzeba płacić. Bo na litość, czy ktoś mądry, czy głupi akurat poczucie bezpieczeństwa w pracy powinien mieć zagwarantowane. I ludzkie podejście. Lepiej być magistrem z poczuciem klęski, czy zadowolonym hydraulikiem? Na poczucie własnej wartości wpływa nie to, czy ma się magistra, tylko to, czy ktoś na rozmowie kwalifikacyjnej sprowadzi cię do zestawu cech z tabelki, obrazi a potem nie przyjmie, bo jesteś za brzydki, nie masz doświadczenia tylko te szkoły nieszczęsne, lub nie daj boże planujesz mieć dziecko. Podobno żyjemy w Europie i przyświecają nam jakieś wartości. I naprawdę część młodych magistrów chętnie by się zadowoliła wykształceniem technicznym, czy zawodowym, bo studiowała na odwal się, a nie z umiłowania wiedzy. Oni chcieli tylko tego poczucia bezpieczeństwa i szacunku wynikającego z faktu, że są ludźmi, a nie z tego, że udało im się prześcignąć wielotysięczną konkurencje w drodze po byle jaką pracę. Słowa profesora, który twierdzi, że skoro już się studia skończyło, to się teraz trzeba samemu martwić, są krzywdzące i niesprawiedliwe. Bo jest cała ogromna grupa, która straciła na te studia mnóstwo czasu pomimo braku predyspozycji i/lub braku chęci i została z ręką w nocniku.

Wchodząc dzisiaj na rynek pracy ma się pełne prawo do rozgoryczenia. Bo zostało nam wmówione, że mamy myśleć w kategoriach narcystycznych i w siebie pakować wiedzę i skille różnego rodzaju, ale nikt tego narcyzmu nie pielęgnuje inaczej niż poprzez reklamy, które wciąż produkują informacje, że mamy wybór i wszystko od nas zależy. Rzeczywistość społeczna odziera nas z godności, sprzedając nam nieosiągalny model życia oparty na konsumpcji, równocześnie zamykając wszystkie drogi do jego wdrożenia. I właściwie nie mówię za siebie, bo mi nawet nie jest źle. Ja mówię w imieniu tych pań z wysokich obcasów i tych, co powychodzili oburzeni z transparentami. Bo oni naprawdę mają prawo czuć się oburzeni. System dokonał zamachu na ich poczucie tożsamości. Trudno to tak po prostu przełknąć i siedzieć cicho.

PS. Jak mi się w zeszłym roku popsuł piecyk i przyszedł pan hydraulik miałam wrażenie, że jest niezwykle zadowolony z tego całego zamieszania. Wziął kilkaset złotych robocizny za 3 godziny pracy i wrócił do domu się opalać.

„Southland Tales” – reż. Richard Kelly

Generalnie należę do tych osób, które spodziewają się rychłej apokalipsy. W jej metaforze i tak już żyjemy, więc właściwie czego innego można się spodziewać? Idąc dalej, wydaje się pewne, że ta apokalipsa będzie wynaturzona, prawie śmieszna, tak jak śmieszny i  wynaturzony jest dzisiejszy świat.

Z takim mniej więcej nastawieniem (plus minus bieżący nastrój) obejrzałam film „Southland Tales”, który należy do mojego ulubionego gatunku dzieł tak złych, że aż dobrych (poprzez zaprzeczenie). Nie ma sensu go streszczać, ba – nie da się nawet, bo fabuła jest maksymalnie zawiła i rozbita na tak wiele wątków, że można by równie dobrze wkleić cały scenariusz i tylko on sam oddał by sam siebie z odpowiednią dokładnością. Generalnie chodzi o to, że koniec świata się zbliża, jego epicentrum znajduje się w Stanach Zjednoczonych i jest taki jeden napakowany bohater, który chciałby temu zaradzić. Typowa oś scenariuszowa  dla kina sci-fi. Ale! Uzupełniona o wszystko. Całą resztę rzeczywistości wyrażoną w amerykańskich, a więc i globalnych kontekstach kulturowych. Każda scena jest odrębną całością, która ilustruje jeden z problemów współczesnej Ameryki (świata). Z tej mozaiki powstaje obraz totalnie chaotycznego życia w płynnym świecie, który jest karykaturą samego siebie sprzed kilkudziesięciu lat. Wynaturzony obraz tego i tamtego, w sumie wszystkiego, co się składa na życie duchowe ludzi mniej, lub bardziej rozgarniętych.

„Southland Tales” dąży do dzieła totalnego (albo totalnego antydzieła). Mam osobistą słabość do tego rodzaju wielkościowych urojeń twórców, opętanych obsesją wydobycia jądra rzeczywistości na wierzch i udostępnienia go innym. Jest w tym piękna twórcza zachłanność, aczkolwiek jak zawsze w takich wypadkach kończy się na konkluzji, że jądro jest rozbite, możliwe do uchwycenia jedynie poprzez tysiące emanacji świata przedstawionego. Że żadne proste prawdy i slogany nie oddadzą w pełni groteski życia codziennego. Dlatego pogmatwanie fabuły i jej chwilowe niekonsekwencje uważam za mocną stronę filmu. Narracja jest przecież inicjatywą roboczą, wymyśloną po to, żeby odbiorca się nie gubił, ale przekłamującą zjawiska, które ma ilustrować. Także zaangażowanie do filmu Sarah Michelle Geller i innych aktorów kojarzących się bardziej z popkulturą, niż aktorstwem jest przemyślanym chwytem. Jako przedstawiciele masowego społeczeństwa autentyczni bohaterowie kultury masowej wypadają najlepiej. Nie muszą nawet za bardzo grać, mają w swoją tożsamość wdrukowane wszystkie niezbędne do roli elementy.

A najlepsze(chociaż niezamierzone) jest to, że czarny charakter, utożsamiony w filmie z antychrystem wygląda kubek w kubek jak Jarosław Kaczyński. No i jak tu się nie spodziewać Apokalipsy, skoro nawet amerykańscy prześmiewcy wysyłają w przestrzeń jasną sugestię kim jest prawdziwy antybohater? Prawicowym, konserwatywnym, nastawionym koniunkturalnie i wyposażonym w dziwaczną tożsamość seksualną karłem… Byłby to prawdopodobnie znak wysłany sms-em prze Boga, gdyby już dawno nie ogłoszono, że ten nie istnieje.

koko koko euro spoko – głos w narodowej debacie

Zbliżające się Euro 2012 mnie zniesmacza. Po mieście już teraz nie da się normalnie poruszać  i mam przeczucie, że za miesiąc będzie raczej gorzej niż lepiej. Liczę tylko na to, że ZTM wydrukuje przynajmniej mapki z objazdami po polsku, bo nie ukrywam, że chciałabym dopiec obcojęzycznym kibicom piłkarskim, którzy będą mi przez cały czas trwania mistrzostw psuć humor swoją liczebnością. Michał (Zygmunt) wyłuszczył mi ostatnio, że mecze piłkarskie są metaforą bitwy i są w jakimś sensie konieczne dla zachowania społecznej równowagi, więc na poziomie intelektualnym jestem skłonna zaakceptować istnienie tego niedorzecznego sportu, a nawet organizację Euro, ale równocześnie  lepiej bym się poczuła, gdyby przyjezdni ucierpieli tak samo jak ja. I zamiast na stadion dojechali na Tarchomin. Byłoby fajnie. Tym bardziej, że poza kwestiami komunikacyjnymi ich obecność sprawi, że globalne korporacje opakują połowę budynków w reklamy i będę się znowu czuła jakbym miała kablówkę.

Której wciąż nie mam i jak na razie nie dociera do mnie gros piłkarskiej info-papki. Nie ominęła mnie jednak informacja dotycząca piosenki, którą naród wybrał sobie na przebój mistrzostw. Moi hipsterscy znajomi są oburzeni koko koko euro spoko. Ja przeciwnie. Uważam, że nie można było wybrać lepiej. Fajnie, że zamiast walenia plastikowej ściemy i głosu jakiejś cycatej dziuni przepuszczonego przez syntezator, mamy coś autentycznego. Po pierwsze dziunia byłaby tak samo ludyczna jak zespół Jarzębina, bo poziom polskiej muzyki rozrywkowej jest skrajnie żenujący i popularne utwory z jakichś list przebojów, do których staram się nie mieć dostępu, mogą przemawiać wyłącznie do osób nieskomplikowanych, wyposażonych w najprostszą możliwą sieć neuronową. Po drugie warstwa tekstualna piosenek zgłoszonych do konkursu jest jednakowo uboga i to koko koko euro spoko jest akurat bardziej zabawne, niż żenujące, a to już samo w sobie stanowi wartość. Bo na przykład zespół Feel w ogóle nie jest zabawny i jak go słyszę, to nie mogę pojąć dlaczego w ogóle istnieje i dlaczego wszyscy udają, że teksty, które wyśpiewuje Piotr Kupicha są uważane za teksty, a nie losowe zbitki wyrazów. W tym kontekście koko koko euro spoko brzmi ironicznie i zaskakująco świadomie. Panie zrobiły sobie żart, o czym mówią otwartcie i same trochę nie rozumieją o co w tym wszystkim chodzi, co sprawia, że należy im się głęboki szacunek nawet tylko za to, że zachowały dystans w świecie zdominowanym prze PR-owe przekłamanie. Bo wszyscy inni wykonawcy nagrywali na serio z pozycji wielkich Artystów, którymi jak wiadomo nie są, a którym spece od PR-u to miano nadali.

Warto się zatem zastanowić nad znaczeniem słowa „wieś”, która semantycznie przeniosła się już dawno ze wsi prawdziwej, rozumianej demograficznie, do wsi mentalnej, siedzącej w głowach ludzi i od tej wsi prawdziwej oddzielonej o lata świetlne. Większą kichą i obciachem (czyli wsią) jest zespół Feel, czy nawet przebrana za biedronkę Maryla Rodowicz, niż jakieś urocze, bezpretensjonalne panie wierne swojemu zainteresowaniu folklorem. I w tym kontekście Jarzębina wcale nie jest wiejska, przez to właśnie, że wiejska jest. A protestują tylko tacy, co nie myślą za dużo. Niestety jest ich większość.

„Kisieland” plus inne atrakcje

Odchodząc od urody, a wracając do inteligencji…

Nasz ulubiony lewicowy intelektualista Paweł Kubara, który jest zarazem wzorem mieszczańskich cnót, zwrócił naszą uwagę na ważne wydarzenie, które będzie miało miejsce już 9 maja w mieście Warszawa w szalenie modnym Muzeum Sztuki Nowoczesnej (gdzie można się zadumać z palcem przyłożonym do skroni nad sensem życia nawet w okolicznościach hałaśliwego bankietu, bo terror piękna przyćmiewa tam wszelki lans).

Znany wszystkim kultowy DIK Fagazine organizuje hybrydowy event, podczas którego będzie miała miejsce projekcja filmu dokumentalnego serdecznego przyjaciela redakcji Pusto24 Karola Radziszewskiego (który na równi z Pawłem Kubarą jest naszym ulubionym intelektualistą oraz Artystą, któremu przyługuje największe A z dostępnych w Microsoft Office), pod tytułem „Kisieland”. Przy okazji zaprezentowany zostanie także nowy numer DIK-a, który jest zwieńczeniem wielu podróży i spotkań, podczas których twórcy magazynu zbierali narracje o życiu homoseksualistów w komunistycznej Europie Środkowo-Wschodniej (jakie piękne tłuste zdanie).

Na stronie DIK-a stoi też:


„Kisieland” – zapis spotkania artysty z Ryszardem Kisielem, twórcą „Filo” (pierwszego gejowskiego zina wydawanego w Europie Środkowo-Wschodniej). Osią filmu jest ukryte dotychczas archiwum – dziesiątki kolorowych slajdów dokumentujących sesje fotograficzne, które Kisiel realizował ze swoimi znajomymi, w prywatnym mieszkaniu jednego z nich. Zdjęcia powstały na przełomie 1985 i 1986 roku, jako bezpośrednia reakcja na milicyjną akcję „Hiacynt“, polegającą na zbieraniu przez Służbę Bezpieczenstwa materiałów o polskich homoseksualistach i ich środowisku, niejednokrotnie w celu szantażu. Radziszewski zaprosił Kisiela do swojej pracowni, gdzie ten po dwudziestu pięciu latach zdecydował się ponownie wcielić w rolę twórcy, stając oko w oko z wynajętym modelem.

Można się będzie zatem w środę nasycić retro lewicowością po mitochondria. I chociaż bardziej do mnie przemawiała nazwa „Siusiu w torcik”, niż „Kisieland”, to nie wątpię, że i tutaj będziemy mieć do czynienia z poziomem meta, za którym tak często tęsknimy. Niech żyje terror piękna, terror Sztuki!

Nie wiemy czy pojawimy się na imprezie z prostego powodu. Jesteśmy od niedawna konserwatystkami i planujemy pielgrzymkę do Lichenia, gdzie chcemy zakupić gustowne akcesoria do domu, jak na przykład muszla klozetowa w kształcie Boga Wszechmogącego.

„Fashion Against AIDS” against koserwatyzm obyczajowy

Mój światopogląd ewoluuje ostatnio w stronę konserwatyzmu. Oczywiście z gwiazdką. Znalazłam dziś w torebce prezerwatywę, którą otrzymałam w popularnym warszawskim klubie 1500 metrów 2 do wynajęcia. Nie była to jednak zwykła prezerwatywa, ale prezerwatywa bardzo gustowna, sygnowana prestiżowym logo akcji „Fashion Against AIDS” (marki Durex). Od razu doznałam iluminacji i przypomniała mi się reklama audio/video tejże akcji, której nigdy bym nie zobaczyła gdyby nie wnikliwy research eksperta Pusto24 ds. mody, pragnącego zachować anonimowość ze względu na wysoką pozycję w branży.

Akcja jest oczywiście dobra, merytorycznie słuszna. Jak to jednak często bywa idzie o formę, a nie o treść, bo forma często zaprzecza treści i pozbawia ją znaczenia. Mój lekki niesmak jest intuicyjny, co wynika z faktu, że klip bazuje na wizualnej metonimii. Przedstawiona w nim scena sugeruje wstęp do orgii, która kojarzy się raczej całkowitym zaćmieniem umysłu, niż dojrzałą decyzją o odbyciu stosunku przy użyciu prezerwatywy. Występująca w nim bardzo atrakcyjna młodzież, odziana skąpo i rozchylająca lubieżnie wargi wydaje się spragniona stanów granicznych i daleka od myślenia o konsekwencjach. Oczywiście można powiedzieć, że przecież żeby coś sprzedać należy to maksymalnie uatrakcyjnić i dotyczy to również promocji zdrowia. Rzecz w tym, że reklamy odbiera się na płytkim poziomie refleksji i szczytne hasło zostaje całkowicie zdominowane przez rzeczywistą promocję nieodpowiedzialnych zachowań seksualnych. Intencja autorów wydaje się więc nieco podejrzana. To tak jakby chcieli się zaangażować w jakiś czyn społeczny na pokaz, a przy okazji wypuścić kolejny popkulturowy, estetycznie doskonały półprodukt, o którym później ktoś będzie pisał, że łączy to co dobre z tym co ładne.

Prezerwatywa sygnowana logiem akcji jest opakowana jak prezenty gwiazdkowe, tylko ładniej. Grupa designerów długo siedziała nad tym małym dziełem sztuki i powiem szczerze, że jak je ujrzałam pierwszą moją myślą było, że aż żal wyrzucić taki ładny kartonik. Może sobie zostawię toto jako element dekoracyjny… Wróć – powstrzymałam strumień myśli. Co to za galopująca bzdura! Przecież jakby reklamowano jeżdżenie samochodem z przepisową prędkością modelką w kabriolecie i rozwianym włosem wskazującym na to, że ta prędkość jest dużo większa niż przepisowa, wszyscy by to wyśmiali. Badania dotyczące reklam społecznych, o których pisze się we wszystkich podręcznikach z psychologii reklamy, pokazują przecież jak na dłoni, że jeśli nie pojawia się w nich nic groźnego, to są one całkowicie nieskuteczne, bo widz prześlizguje się po nich wzrokiem i słuchem. Najwyraźniej nadeszły czasy, w których te zasady przestały obowiązywać. Zaczynam więc powoli dryfować w stronę konserwatyzmu, który w zestawieniu z moją skłonnością do lewactwa stanowi ciekawą hybrydę.

weekend majowy w mieście Warszawa

Zaczęło się lato, to do lata chodzę piechotą po mieście. Muszę piechotą, bo wszystko jest rozkopane jak po wojnie. Naród buduje swoją stolicę, jak za komuny, tylko że gorzej, bo wtedy nie było w planach Euro 2012.

Stałam ostatnio na pasach, po ulicy jechali rowerzyści z masy krytycznej. Przyjęłam obojętnie ten fakt. Czułam jakby mi ktoś puścił teledysk z rowerzystami, bo niektórzy mieli do rowerów doinstalowane głośniki, z których puszczali piosenki Kanye Westa. I było to nawet całkiem przyjemne. Inni przechodnie jednak rzucali się w masę krytyczną jak w nurt rwącej rzeki krzycząc „Idźcie chuje do roboty”. Rowerzyści nic sobie z tego nie robili, mieli na twarzach wypisaną dumę z posiadania hobby i to takiego, które ma korzystny wpływ na krążenie.

Widziałam też ostatnio karlicę, która miała całkiem normalne proporcje ciała. Jechała kolejką SKM z plecakiem wielkości swojego tułowia. Miała złote kolczyki, które występują już tylko w uszach wiernych z prowincjonalnych kościołów. W tym samym wagonie kontroler biletów wyzywał krnąbrnego pasażera, który zwrotnie wyzywał kontrolera. Wszyscy inni gapili się obojętnie w okno, z martwymi twarzami zwróconymi do środka siebie.

Wczoraj minęła mnie kobieta na wózku inwalidzkim w szpilkach na 15-centymetrowych obcasach. Kolana miała pod brodą. Gdyby nie brzydki kolor szpilek wyglądałaby prawie seksownie (choć jak wiemy z reklamy prawie czyni ogromną różnicę).

W „Cudzie nad Wisłą” w kolejce do baru ludzie opowiadali sobie z dużą niedokładnością historię o tym, że ma powstać film o matce Madzi w stroju wokalistki country. Nawet się nie zdziwiłam. Byli poirytowani, bo chcieli się upić, a kolejka należała niestety do długich.

Byłam na Placu Zbawiciela pod Chińczykiem, bo pod Planem było zbyt tłoczno. Dużo ludzi ze zmęczonymi twarzami, przystosowanymi jednak, do formowania się w uśmiechy, podobne nerwowym tikom. Słowa, które wypowiadali odbijały się od innych i wracały do ich ust. Nawet jak jestem w domu Plac Zbawiciela mnie prześladuje. Co 10 minut ktoś się tam taguje, albo wstawia zdjęcia swoich nerwowych tików z Placem w tle.

Grupy nastolatków chodziły w kółko po blokowisku w Ursusie. Czekając na autobus obserwowałam jak kompleksy odzwierciedlają się w ruchach ciała. Brzydsze dzieci, były zgarbione, jakby coś je przygniatało. Biednie ubrane nerwowo podskakiwały. Tylko niektóre mogły sobie pozwolić na pełną nonszalancję.

Pieliłam ogródek. Sąsiadka powiedziała mi, że menel okradł ją z tulipanów i żebym uważała na takich, bo moje kwiaty także są zagrożone. Odczułam sympatię do meneli. Może zaproszę jakiegoś na herbatę – porozmawiamy o botanice.

Szłam nocą w sukience , rozłożyste kasztany były całe czarne. W pojedynczych oknach paliły się światła. Dlaczego staruszkowie, którzy zmonopolizowali całą moją dzielnicę, nie śpali? Co mogą nadawać w telewizji o takiej godzinie?